Regulus Arcturus Black
22 grudnia 1961, Londyn ~ młodszy z dwójki synów oriona i walburgi blacków ~ były ślizgon, szukający oraz prefekt ~ geniusz w dziedzinie eliksirów głównie współpracujący z apteką na ulicy pokątnej ~ w 1979 roku uznany za zaginionego ~ ponad rok później powrócił, już po stronie zakonu feniksa ~ pomimo zdrady rodzinnych ideałów, wciąż uznawany za dziedzica fortuny rodu blacków ~ na lewnym przedramieniu wyblakły mroczny znak cały pokryty bliznami ~ jego ramiona i tors również naznaczone są bliznami, ale o ich pochodzeniu wie tylko jedna osoba poza regulusem
więzi ~
więcej

I am the monster you created, You ripped out all my parts
W oczach rodziców świat zawsze był czarno-biały — dzielił się na ludzi godnych ich uwagi i towarzystwa, oraz tych, który marnowali tlen; na tych, który sięgali po władzę i wielkość, i tych zbyt maluczkich, tchórzliwych, uległych, by wznieść się ponad mierność, która była im przeznaczona od urodzenia; na nich i całą resztę, zaledwie brudy pod butem, niewarte uwagi i jakichkolwiek praw czy szacunku. Blackowie zawsze należeli do tych lepszych — najlepszych z najlepszych, ze stuleciami historii i tradycji za pasem, i krwią czystszą od każdej innej czystokrwistej rodziny w Wielkiej Brytanii. Byli elitą elit, i ich opinie, ideały, istnienie przewyższały to pozostałych śmiertelników — a przynajmniej tak twierdzili Orion i Walburga Black, nosami kręcąc na każdy nawet najdrobniejszy objaw pospolitości.
W ich świecie, w ich domu, nie było miejsca na nic prócz perfekcyjności — i Regulus robił wszystko, co tylko mógł, by spełnić ich wymagania. Godziny siedzenia nad książkami i studiowana tematów, które jego rówieśnicy poznaliby dopiero w Hogwarcie — bo przecież Black powinien panować nad magią nawet w wieku dziecięcym, na długo przed otrzymaniem pierwszej różdżki; dnie spędzone przy fortepianie, grając i grając, i grając, ignorując ostry ból w palcach, nawet kiedy wydawało mu się, że zaraz je połamie — bo muzyka klasyczna od zawsze była sztuką należącą do wyższych sfer i stanowiła kolejny dowód ich wyższości; tygodnie, miesiące, lata podążania za przykładem rodziców, powtarzania ich idei, opinii, szyderstw, obracania się w zaaprobowanym przez nich towarzystwie, pokazywania wiecznie nienagannych manier — czy teraz już mnie kochacie? Czy w końcu jesteście ze mnie dumni?
Czarno-białe szkło, przez które Regulus oglądał świat, rozbiło się w dniu, w którym Syriusza przydzielono do Gryffindoru. Dom zadrżał w posadach i w jednej chwili zmieniło się wszystko — a jednocześnie nie zmieniło się nic. Rodzice nadal kręcili nosami na każdą oznakę przeciętności, ale teraz Syriusz również należał do tłumu, na który patrzyli z góry; wciąż uważali się za lepszych od wszystkich, ale teraz Syriusz był błotem na podeszwach ich perfekcyjnie wypolerowanych butów. Syriusz, który przez lata był Regulusa całym światem — jego ulubioną osobą, jego wzorem, jego najwspanialszym bratem. Syriusz, który czasem zdawał się czerpać przyjemność z tego, że był wszystkim, czego rodzice nienawidzili.
I Regulus zaczął pracować jeszcze ciężej, na marne próbując wypełnić role Syriusza i swoją jednocześnie. Kiedy na głowę wsadzono mu Tiarę Przydziału, jedyne, o czym Regulus myślał to: Błagam, Slytherin, muszę trafić do Slytherinu. Kiedy siedział na lekcjach, notował każde słowo nauczycieli, zadawał pytania, i na koniec leciał do biblioteki, by wypełnić wszelkie luki, jakie mógł tylko znaleźć w podawanych im informacjach. Utrzymywał perfekcyjne wyniki i zawsze pojawiał się na zajęciach, na Eliksirach popisywał się wiedzą i naturalnym instynktem, który rodzice pielęgnowali w nim od dziecka. Kiedy został zaproszony do Klubu Ślimaka, ojciec skinął głową w geście niemalże wyrażającym dumę, i powiedział, “Stary Slughorn ma wielu wysoko położonych pupili, z którymi warto nawiązać znajomości.” Ale nawet w swoim starannym dążeniu do perfekcji i utrzymywaniu nienagannych wyników, Regulus wciąż nie był wystarczająco dobry; wciąż popełniał błędy osoba jego urodzenia nie powinna była popełniać. Jak Quidditch. Rodzice — zwłaszcza matka — nie byli zadowoleni, kiedy oznajmił im, że dostał się do drużyny. Nigdy nie powiedzieli tego na głos — kupili mu najwyższej klasy miotłę, bo Blackowie zasługiwali na najlepsze, i patrzyli, dezaprobata wyraźna w każdym spojrzeniu. Czy po raz pierwszy ujrzeli w nim dzikość, która tak bardzo wadziła im w Syriuszu? Czy po raz pierwszy przestał być jedynie marionetką, a stał się człowiekiem z własnymi myślami i pragnieniami?
To bolało. Brak akceptacji, entuzjazmu, dumy bolał, ale Regulus nie potrafił przestać. James Potter był gwiazdą drużyny Gryffindoru — a przecież Syriusz uważał Jamesa Pottera za najfajniejszą osobę na świecie, czyż nie? Regulus mógł być jak James; Regulus mógł być lepszy niż James, pokazać Syriuszowi, co tracił.
Całe jego życie składało się z wiecznego błagania, czyż nie? Błaganie — o uwagę, miłość, akceptację. Widzisz mnie, widzisz mnie, widzisz mnie? Kochasz mnie? Dlaczego mnie nie kochasz? Przecież tak bardzo się staram, nie widzisz? Dlaczego nawet kiedy wpasowuję się we wszystkie twoje wymagania i pragnienia, nadal nie jestem wystarczająco dobry?
Żałosne — to, jak szybko odrzucał każdą myśl, ideę, pragnienie tylko po to, by na moment stać się wystarczającym. Jak kulił się mocniej i mocniej, aż została z niego jedynie skorupa wypełniona oczekiwaniami innych, wykręcająca się na wszystkie strony, byle usłyszeć: jesteśmy z ciebie dumni. Nigdy tego nie usłyszał — nie, kiedy ze spokojem przejął pozycję dziedzica po ucieczce Syriusza, chociaż chciał krzyczeć, aż zedrze gardło; nie, kiedy z dumą zaprezentował odznakę prefekta, chociaż jedyne, o czym marzył, to chwili odpoczynku; nie, kiedy wyciągnął lewe przedramię i pozwolił, aby czarna magia wsiąknęła w jego skórę, na daremne próbując powstrzymać płynące z bólu łzy; nie, kiedy jego ręce splamił szkarłat w imię ideologii, w którą nie potrafił już wierzyć, w imię ludzi, z których ideałami się nie zgadzał.
W oczach rodziców świat zawsze był czarno-biały — i w amoku emocji, z drżącym, poranionym Stworkiem w ramionach, Regulus zrozumiał, że nigdy nie stanie się dla nich wystarczająco dobry.
Wyrwanie się spod wpływu rodziców, zrzucenie z barków okowów bycia Śmierciożercą, dziedzicem, Blackiem, było najprostszym i najtrudniejszym momentem jego życia — ale po raz pierwszy Regulus wiedział, co musiał zrobić, co chciał zrobić: dla siebie, dla Stworka, dla tej cholernej wojny. Zwrócił się do jedynej osoby, której bezgranicznie ufał, której oddałby swoje życie bez sekundy wahania; jedynej osoby, która widziała go, zawsze, w pełni, przy której nie musiał krzyczeć: dostrzeż mnie, dostrzeż mnie, dostrzeż mnie.
Nawet wtedy, kiedy stali po dwóch stronach barykady, kiedy jeden pozostał wierny Mrocznemu Znakowi, a drugi go odrzucił, Evan wciąż złapał jego dłoń. Nawet kiedy Regulus wspomniał o sekrecie, horkruksach i chcę go zniszczyć, Evan wciąż powiadział: możesz na mnie liczyć. Czasem Regulus żałował, że go w to wszystko wciągnął; czasem żałował, że zimne, martwe dłonie inferiusów nie zabrały go ze sobą na dno. Evan go wyciągnął — wyrwał z zachłannych rąk inferiusów, odpierał atak tak długo, aż Regulus pozbierał się na tyle, by powiedzieć, “Stworek, zabierz nas stąd.” Evanowi zależało w sposób, w jaki nikomu innemu nie zależało, nie otwarcie. Regulus powinien był starać się bardziej — nalegać: zostań ze mną, nie wracaj tam, jak tam wrócisz, to w końcu zginiesz, ale nie nalegał. Ich drogi rozeszły się — i chociaż Regulus wiedział, że w końcu stanął po właściwej stronie, nigdy nie czuł się z tym w pełni dobrze, tak, jakby jego emocje nie były w stanie nadążyć za umysłem.
I oto jest — trzy lata po zmianie stron, rok po zakończeniu wojny i śmierci— rok po zakończeniu wojny, mądrzejszy, bardziej odpowiedzialny, doroślejszy, a jednak wciąż czuje się jak ten sam dzieciak goniący za aprobatą innych. Jest rozbitym naczyniem, z którego wylała się wszelka zawartość — zbitkiem ostrych, szklanych kawałków udających człowieka, marną imitacją ludzkości i prawdziwości. Zgubił się już wieki temu i wciąż nie potrafi się odnaleźć — z każdym krokiem zgłębiając się bardziej w labirynt gdybyś, chciałbyś, powinieneś. Wciąż goni za perfekcją — ale tym razem wie, że nigdy jej nie osiągnie tak długo, jak długo Mroczny Znak widnieje na jego ramieniu. Powinien był zginąć w tej jaskini; powinien był zakończyć to, kiedy tylko pozbył się horkruksa raz na zawsze.
Ale nie zakończył. Jest, trwa, roztrzaskany i pusty. Porusza się powoli, wbrew życzeniom matki, w sprzeczności z jej ideałami. Ignoruje kłucie w sercu, gdy spojrzenia zatrzymują się w miejscu, gdzie pod materiałam koszuli kryje się Mroczny Znak, wyblakły i poszarpany, i rozpoznawalny. Próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie pełnym szarości, błąka się, przechadza wiecznie tymi samymi ulicami, zbyt zmęczony, by wyjść poza schemat. Trwa, wciąż i nieprzerwanie, a Evan nie żyje, i Regulus nie wie już, jak bez niego istnieć.
And worst of all, for me to live, I gotta kill the part of me that saw That I needed you more