.
Napis
01/01 Twoja sowa dostarczyła Ci list prosto z Wydziału Rejestracji Administracyjnej! Pamiętaj, aby na niego odpowiedzieć!


07/11 Ci, którzy nie odpowiedzieli na sowę z Ministerstwa, wylądowali na czarnej liście... Biedacy! Najważniejsze, że mają jeszcze tydzień na to, by naprostować sprawę!


01/11 Twoja sowa dostarczyła Ci list prosto z Wydziału Rejestracji Administracyjnej! Pamiętaj, aby na niego odpowiedzieć!


17/09 Witajcie, czarodzieje! Blog został oficjalnie otwarty! Rozgoście się: zróbcie sobie kawkę lub herbatkę, przejrzyjcie skrupulatnie wszystkie zakładki, strony oraz podstrony i starajcie się ignorować fakt, że one przyglądają się również Wam. Niech Was nie zrażą drobne kłopoty, które możecie napotkać na swojej drodze. A jak już Wam się znudzi szukanie zakładki z zapisami, idźcie spać i wróćcie tutaj jutro!
prorok codzienny
Wycinki z ostatniego wydania:

Wilkołaki tworzą watahy? Ministerstwo Magii prowadzi dochodzenie Na zachodzie Europy rośnie liczba podejrzeń o formowanie się wilkołaczych watah, szczególnie na terenach Francji i Niemiec. Ministerstwo Magii zapowiedziało intensyfikację śledztw w tej sprawie. „Nie możemy pozwolić na anarchię wśród wilkołaków” – powiedział jeden z przedstawicieli Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Czy to jedynie plotki, czy początek poważnego buntu? Więcej na stronie 4.



Coroczne Święto Smoków: Ogniste widowisko na Smoczej Arenie w Rumunii Tegoroczne obchody Święta Smoków przyciągnęły tłumy miłośników magicznych stworzeń. Smocza Arena, znana z organizacji spektakularnych pokazów, rozświetliła się ognistymi kaskadami. Największą atrakcją był występ zielonego walijskiego, który wykonał powietrzny taniec, ku uciesze zgromadzonych. Organizatorzy zapowiadają, że w przyszłym roku wydarzenie będzie jeszcze bardziej imponujące.



Zniknięcia trytonów w Jeziorze Windermere: Nowa fala tajemniczych zniknięć W ciągu ostatnich tygodni zgłoszono kilkanaście przypadków zniknięcia trytonów w okolicach Jeziora Windermere. Magiczni biologowie nie potrafią wytłumaczyć tego zjawiska, a niektórzy sugerują, że mogą być za to odpowiedzialne nielegalne łowy prowadzone przez mugoli. Czy Ministerstwo ochroni te istoty, zanim będzie za późno? Szczegóły na stronie 7.



Festiwal Złotych Czaszek: Przypomnienie starożytnych czarów W sobotę w Kairze odbędzie się coroczny Festiwal Złotych Czaszek, upamiętniający starożytne rytuały ochrony przed złymi duchami. Czarodzieje z całego świata zbierają się, aby wziąć udział w widowiskowych pokazach magicznych zaklęć, warsztatach ochronnych amuletów i historycznych inscenizacjach. Wydarzenie kończy uroczysta parada magicznych stworzeń.



Nielegalny handel jednorożcami na czarnym rynku: Służby na tropie Aurorzy śledzą podejrzane szlaki przerzutowe na granicy Chin, gdzie odnotowano gwałtowny wzrost nielegalnego handlu jednorożcami. Eksperci ostrzegają, że pozyskiwanie ich cennych rogów stanowi zagrożenie dla stabilności populacji tych majestatycznych stworzeń. „To poważne przestępstwo i nie spoczniemy, dopóki nie złapiemy odpowiedzialnych za te czyny” – zapewnia rzecznik Ministerstwa. Więcej na stronie 5.
  • .
  • .
  • .
  • .
  • .
  • .
  • .
  • .
  • .
  • .
  • .
  • .
  • Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kartka postaci. Pokaż wszystkie posty
    Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kartka postaci. Pokaż wszystkie posty

    dusza jego uległa obłąkaniu


    Joseph Sullivan
    24 lata — pracownik sklepu ze starociami — obskurodziciel — mugolak — nie uczęszczał do żadnej szkoły dla czarodziejów — brak różdżki — pochodzi z rodziny gorliwych katolików — sprawca pożaru, w którym zginęły dwie osoby — winny licznych zniszczeń w Stanach Zjednoczonych
    Gniew buzuje w żyłach, na początko tylko iska skórę, stopniowo rozlewa się wrzącą falą po całym ciele, aż w końcu zaczyna wszystko przykrywać pod mroczną mgłą. Traci kontrolę, przestawia stawiać opór. Wszystko znika, rozmywa się, dzieje samoistnie, ale nie mimowolnie.
    Jest coś, co pociąga go w cierpieniu innych, co napawa go satysfakcją za wszystkie doznane krzywdy i upokorzenia. Tworzy z obskurusem zgraną parę. Czasem tylko młodsza siostra w rozpaczliwych listach prosi go o to, by się opamiętał, by się nawrócił. Ma jednak przemożne wrażenie, że nawet ona sama nie wierzy w te brednie, powtarza tylko w kółko to, co latami wtłaczali im do głów rodzice i księża. Stara się unikać kościołów, bo wzbudzają w nim negatywne emocje, a kiedy te biorą górę, nie kończy to się dobrze dla otoczenia, o czym miał okazję się niejednokrotnie przekonać.
    Nie rozumie kim lub czym jest. Szuka odpowiedzi, choć ojciec zwykł mawiać, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

    odautorsko

    there will be killing till the score is paid


    Dla Seunghyuna połączenie funkcjonowania mugolskiej policji z działalnością aurorów stanowiło mieszankę idealną. Mógł wykorzystywać w pracy magię, nie wzbudzając żadnych podejrzeń Ministerstw, a dzięki temu cieszył się w swoim fachu opinią człowieka bez wad, idealnego w każdym calu, a przede wszystkim — po którym nie pozostawał żaden, najdrobniejszy nawet, ślad. 
    — Dziękuję za zaproszenie — powiedział cicho z zimną uprzejmością po koreańsku, uśmiechając się powściągliwie, jednocześnie zniżając głowę w geście szacunku do starszego człowieka. Lubił przedłużać te chwile, napawając się przez moment drobnymi zastrzykami adrenaliny, przez które czuł tę niezwykłą przyjemność. Ambiwalentną, balansującą na granicy niesamowitego rozluźnienia oraz dzikiej euforii. 
    — To nic wielkiego, były uczeń Seo Minjung będzie zawsze u mnie mile widziany. 
    Jeszcze przez moment rozmawiali o sztuce, jako że starzec był właścicielem galerii mieszczącej się niemal w samym centrum Icheon, do której Lee zaglądał przed laty, w swoich czasach studenckich. Potem zapytał, czy może przejść się po domu i przyjrzeć się z bliska dziełom sztuki, na co mężczyzna zareagował machnięciem ręki i delikatnym uśmiechem. 
    Trwało to zaledwie krótką chwilę. Jeden sus do kanapy wystarczył, by Seunghyun wyciągnął mały sztylet umieszczony na skórzanym mocowaniu przy przegubie ręki i sprawnym ruchem poderżnął gardło starszego człowieka. Ten nawet nie zdążył wydusił z siebie żadnego słowa, opadł na zamszowe poduszki, barwiąc ich biel szkarłatną krwią. Po zaledwie dwóch minutach było po wszystkim. Lee zdążył jeszcze dopić ciepłą herbatę, gdy rozłożony na fotelu, przypatrywał się ściągniętej śmiercią twarzy. To zlecenie dostał miesiąc temu i tyle też czasu poświęcił na badanie przeszłości mężczyzny. Ze wszystkich zabójstw wybierał bowiem tylko te, których motywy poniekąd zgadzały się z jego własnymi poglądami. 
    Już od kilku lat wciąż na nowo zabijał tego samego człowieka.

    URODZONY DWUDZIESTEGO SIÓDMEGO PAŹDZIERNIKA TYSIĄC DZIEWIĘĆSET PIĘĆDZIESIĄTEGO TRZECIEGO ROKU ✧ LAT DWADZIEŚCIA DZIEWIĘĆ ✧ DOM W CHUNCHEON NA PÓŁNOCY KOREI POŁUDNIOWEJ ✧ MIESZKANIE W KIOTO W DZIELNICY GION ✧ W JAPONII PRZESTAWIA SIĘ JAKO KŌICHI MIZUSHIMA ✧ BYŁY UCZEŃ MAHOUTOKORO ✧ SKOMPLIKOWANE RELACJE Z OJCEM ✧ NIEŻYJĄCA MATKA I MŁODSZY BRAT ✧ WYBITNY Z DZIEDZINY TRANSMUTACJI ✧ ZABÓJCA NA ZLECENIE





    I am sure my heart can never be still

    CARADOC DEARBORN
    (...) Edgar Bones… brat Amelii Bones, jego też dorwali z całą rodziną, to był wielki czarodziej… Sturgis Podmore, a niech to diabli, wygląda tak młodo… Caradoc Dearborn, zaginął sześć miesięcy później, nigdy nie odnaleźliśmy ciała…


    Dumny Ślizgon.

    Duma była jego największym napędem, niezawodnym motywatorem, znakiem rozpoznawczym. Doc trzymał plecy prosto, a głowę wysoko. Był ulubieńcem nauczycieli, najlepiej ułożonym z trzech braci, najbardziej obiecującym złotym chłopcem ze wszystkich złotych chłopców swojego pokolenia.

    Najlepszy syn, najlepszy uczeń, najlepszy auror. Wszystko, co najlepsze i świetlana przyszłość na trzydzieste urodziny.

    A potem zniknął, jak w długim i niebezpiecznym rejsie do nowej ziemi znika ten, którego ciało pod osłoną nocy wyrzucają za burtę. I wie, że sześć miesięcy piekła zmienia człowieka.

    Nie ma już Doca. Nie ma już dumy. Jest walka o wypędzone torturą z głowy wspomnienia i o przyszłość, której miało nie być. Walka o to, by nie powiedzieć każdemu, kogo spotyka: skurwysyny, nie szukaliście mnie.

    Nie szukali go, a on nie spocząłby, dopóki by ich nie znalazł.


    ***


    Adaire Lydia Archer

    21 lat ~ była Krukonka ~ półkrwi ~ Inverness, Szkocja ~ córka pracownika Departamentu Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli oraz zamordowanej latem fotografki mugolskiego pochodzenia ~ nie potrafi wyczarować patronusa ~ niezarejestrowany animag; biały kot ~ stażystka na oddziale zatruć eliksiralnych i roślinnych oraz urazów magizoologicznych w Klinice Świętego Munga


        Widzi testrale. Mimo delikatnej urody, jej postawa i podejście do życia nadają jej chłopięcego wdzięku. Łączy się on z zaskakującą jak na tak delikatną posturę stanowczością obycia, co w ostatecznym rozrachunku nie pozwala jej utonąć w melancholijnych uniesieniach. Jest niczym dzikie zioło wyrastające pomiędzy surowymi kamieniami – silna, twarda, odporna na burze emocji, które nieustannie szaleją w jej sercu, mimo wytrwałego spychania ich do nieświadomości. Usposobienie, bardziej praktyczne aniżeli romantyczne, przypomina podejście ojca, dla którego najważniejsze są szczerość i niezależność: małomówna, zwięzła, nie traci czasu na rozważania próżne. Myśli jej przeważnie są precyzyjne jak ostrze noża, a decyzje podejmuje z szybkością, z jaką przyrządza mikstury w Świętym Mungu – każda kropla ma tu znaczenie, jak każde słowo, które opuszcza jej usta.

        Nie znosi pustych rozmów; nudzi się nimi, woli wcielać zamierzenia prosto w życie.  Być może jej pobudzenie i ciągła gotowość na nowe wyzwania mogą być postrzegane jako wada, przez którą nie może zagrzać nigdzie miejsca na dłużej. Uparta jak gwiazda, która niezmiennie kroczy swoją drogą po nieboskłonie, nie pozwala, by cokolwiek – nawet bolesne wspomnienia, związane ze śmiercią matki, o której nie rozmawia – odciągnęło ją od wyznaczonych celów. Jej logika jest chłodna jak powiew nocnego wiatru, a umysł pracuje w rytmie odmierzonych i uporządkowanych zaklęć i mikstur. Każde działanie nosi w sobie głęboki sens, każda decyzja zmierza ku czemuś większemu, idei wyższej niż polityczne potyczki. A jednak coraz bardziej zapędzająca ją to w kozi róg mechanizmu obronnego, jakim jest eskapizm. Ciągła ucieczka to stres. Są to też nieustające nowe wrażenia, podróże i misje, jakie sobie zapewnia, aby tylko nie myśleć, nie pamiętać. W ucieczce wspiera ją myślodsiewnia, postawiona na honorowym miejscu w gabinecie matki, gdzie jeszcze nigdy od jej śmierci Adaire nie wywołała ani jednego zdjęcia. To jak wywoływanie duchów – tak o tym myśli. Dlatego chodzi swoimi drogami, strach nazywając odwagą.

        Pragnienie zaangażowania się w działania Zakonu Feniksa jawi się jako myśl oczywista – znakomita znajomość alchemii stanowi naturalny atut w walce z Voldemortem, a żarliwość jako przywara cechująca anarchistów i urodzonych bojowników, nie pozwala jej stać z boku. Nie byłoby dla niej miejsca po drugiej stronie, zważywszy na pochodzenie i jasną deklarację rodziny ojca. Porywczość, choć niebezpieczna, jest dla niej prawdziwym żywiołem, z którym nie potrafi walczyć, a każda niebezpieczna sytuacja, w jakiej się znajduje, tylko bardziej podsyca jedyną prawdziwą, życiową namiętność stojącą za przekonaniem, że nie ma chwili do stracenia na czucie.

        Jest połączeniem surowości, wynikającej z obycia, ale i specyficznego rodzaju czułości – jej dusza przypomina misternie uplecioną sieć, łączącą światłość i cień, logikę i umiłowanie życia, które oferuje bogaty wachlarz ekscytujących doświadczeń, odbieranych przez nią tak naprawdę bardzo zmysłowo. Jest osobą niezwykle wrażliwą na dotyk; unika go, podobnie jak każdego innego przejawu troski, jednocześnie samej stojąc bliżej archetypu nienasyconego średniowiecznego alchemika, czerpiącego garściami z fizycznych przeżyć, niż opiekuńczej pielęgniarki-sanitariuszki. Z łatwością odróżnia reakcje alchemiczne i ślady ukąszeń niebezpiecznych stworzeń, ale język emocji pozostaje dla niej tajemnicą.


    Gdy się bajka roztopi w mroku, 
    Przyjdą cudne, smutne dziewczynki 
    Na obciętym położą loku 
    Pomarańcze i mandarynki.



    [Witajcie!]

    to nieszczęść siedem
    a ja jestem tylko jeden

    Adam A. Walsh
    Adam A. Walsh
    1970
    1976
    1981
    teraz
    kartoteka
    To nigdy nie była i nie będzie jego wojna. Jest czarodziejem czystej krwi, nad wyraz preferującym własną pozycję oraz gorzką dla innych neutralność, którą on sam uważa za swą całkiem dobrą przyjaciółkę. Może dojdzie mu trochę roboty. Nie narzeka jednak, jest wystarczająco efektywny, a wszelakie moralne rozterki nigdy nie były jego mocną stroną; toteż gdy Bartemiusz Crouch Senior wszem i wobec oświadcza, że używanie wszystkich z trzech Zaklęć Niewybaczalnych na stanowisku Aurora jest całkowicie dozwolone, wzrusza jedynie ramionami, przyzwolenie to przyjmuje z nader wygodną mu obojętnością.
    Nie będzie musiał się już kryć. Ułatwi mu to nieco wypełnianie papierologii. Może wypali jednego papierosa mniej.
    Ostatecznie i tak liczy się skuteczność. A on jest cholernie skuteczny ze swoją przebrzydłą charyzmą, diabelskim urokiem i długimi palcami, pod którymi tak dobrze układa się nieco za sztywna różdżka.
    Gdy po wielu latach jakże bolesnej rozłąki ponownie spotyka swojego starszego brata – tym razem na jego lewym przedramieniu wybrzmiewa wspomnienie całkiem zgrabnego Morsmorde – Adam nie wierzy, że tak łatwo się sprzedał. Zawsze miał go za skurwysyna, chuja i najgorsze plugastwo dzielonej z nim ziemi, ze wzajemnością oczywiście, toteż wyśmiewa go jedynie, gdy dostaje propozycję dołączenia do wyznawców Czarnego Pana. Nigdy nie był fanem dziwnych kultów. Rozchodzą się z Cruciatusem na ustach; Adam trafia w jego kostkę, a Gregory chybia o kilka centymetrów, bo jego dłoń zajęła się już bolesnymi drgawkami.
    Tego wieczoru Adam wypala jednego papierosa więcej. Z czystej i parszywej satysfakcji.
    Kilka dni później bez wielkiej radości i z neutralnym wyrazem twarzy przyjmuje zaproszenie do Zakonu. To nigdy nie była i nie będzie jego wojna, powtarza sobie, ale choćby przez chwilę, dla własnych celów, może się w nią pobawić i zagrać w potasowane mu przez życie karty. Zawsze miał słabość do hazardu.



    I będziesz się tak za nim wiecznie uganiać? — Adam nie patrzy na nią, bo wie, że ma rację. Pełną, stuprocentową rację. — Póki ciebie nie zamorduje?
    Nie lubi, gdy jest tak pewna w swych osądach, jak zwykle, niezwykle trafnych. Gdy przyszpila go do ziemi tymi swoimi ciemnymi oczkami bez dna – robi to właśnie teraz i wywierca dziury w jego ramionach, barkach, twarzy, drapie swym spojrzeniem niby ostrym szponem. Zostawia w nim ropiejące wyrwy, jątrzące się, niemogące zabliźnić się rany na wylot.
    — Clara, taką mam robotę. — Cisza, zbyt nieprzyjemna, by trwała zbyt długo. — Ty też masz. — Dodaje po chwili.
    — Oboje wiemy, że nie chodzi tu o robotę.
    W końcu łypie na nią nieprzyjemnie, ze ściągniętą brwią i zmarszczonym czołem. Tylko przez chwilę, bo nie wytrzymuje presji, znowu ucieka od niej wzrokiem. Spogląda przed siebie, nieobecny. Planuje już kolejny ruch. Planuje już kolejną ucieczkę.
    — Wiem — mówi w końcu, bo nie potrafi odpowiedzieć jej nic innego, bo wie, że ona wie i że wiedzą to oboje. Obnaża się przed nią całkowicie; nie ma nic do stracenia. Nie z nią.
    Czasami zastanawia się, czemu w ogóle uklnęknął. Są sobie całkowitymi przeciwieństwami i nienawidzi jej tak bardzo, jak miał ją kochać.
    Bo jest ładną, wysoką kobietą, myśli. Z pulchną, ale w uroczy sposób, twarzą, kilkoma piegami i włosami ognistymi jak diabli. Jej przednie zęby są trochę za długie i wystają zza warg, kiedy się szeroko uśmiecha, a uśmiecha się dużo częściej niż on. Też jest niezła, może nawet lepsza od niego, zwinniejsza, celniejsza i szybsza w działaniu, a jej riposty są na tyle ostre, że dostarczają mu wystarczająco rozrywki.
    — Potrzebujemy ciebie tutaj.
    Dobrze było ją mieć przy sobie, ale co za dużo, to nie zdrowo.
    — Nie mój interes, Clara.
    — Kłamiesz.
    Ten jeden, jedyny raz nie kłamie. Ten jeden, jedyny raz nie mami, nie mąci i nie kręci. Choć cały skonstruowany jest z kłamstw, choć obrośnięty nimi niby mchem i dławi się prawdą, gdy fałsz gładko ślizga się po krtani, ten jeden, jedyny raz jest z nią w pełni szczery.
    Zawsze był w końcu psem, kundlem, parszywym skurwysynem i jebanym oportunistą, który nie rzuca obietnic na wiatr, ale nie dotrzymuje swych słów. Czarodziejem czystej krwi, którego ni ziębi, ni grzeje, czy koledze szlamie będzie się dobrze żyło.
    — Obiecałem mu, Clara — mówi, gdy z kieszeni prasowanych w kant spodni wyciąga wymiętą paczkę papierosów oraz różową zapalniczkę, z której korzysta z przyczyn czysto sentymentalnych. — A ja obietnic dotrzymuję.
    — Mi też obiecałeś, Adam. Aż do śmierci.
    Odpala prędko papierosa, zaciąga się nim i znowu kosi po niej spojrzeniem, ale to przelatuje na wylot, nie zatrzymuje się, choćby tego pragnął, choćby chciał zawiesić jeszcze na niej oko, zapamiętać, gdzie na jej polikach biegną konstelacje z piegów, jak układa się ruda grzywka. Pędzi gdzieś dalej, ucieka.
    Ucieka, ucieka, kłamie i znowu ucieka. To zawsze wychodziło mu najlepiej.
    — Aż do śmierci — powtarza po niej i uśmiecha się ładnie, szeroko, błyska zębami.



    Urgent!
    Famous auror dead
    Dyrektor Magicznej Ochrony dla MACUSA oraz doświadczony Auror martwy! Według naszych informatorów, Adam Anthony Walsh poległ w trakcie pojedynku z własnym bratem – Śmierciożercą Gregorym Gideonem Walshem. Każdy, kto posiada informacje na temat sprawcy, proszony jest o przekazanie informacji odpowiednim służbom.
    przekazanie informacji służbom. Pozostaje pytanie – co teraz? Czy Departament Bezpieczeństwa Magicznego ogarnie chaos? Czy Śmierciożercy, niesieni przez swój sukces, będą coraz odważniejsi w swych działaniach? Myszy tańcują, gdy kota nie czują.
    Wypowiedź eksperta na stronie 4.
    What willhappen now?
    Różdżkę już dawno schował w szufladzie lekko przechylonej w prawo szafki nocnej, skrzypiącej tak głośno, że z szacunku dla własnych uszu już wcale jej nie otwiera. I tak by mu się nie przydała – do podchodzących zbyt blisko, pewnych swoich kłów kojotów zdecydowanie wygodniej strzela się z Remingtona; do zbyt odważnych czarodziejów zresztą też.
    Życie nie jest złe, ale może mogłoby być odrobinę lepsze. Ma trzydzieści sześć lat, parszywą bliznę na twarzy, którą zakrywa skrzętną iluzją, i zbyt wiele wyrzutów sumienia, choć do przykurzonego lustra mówi, że niczego nie żałuje. Chodzi spać o północy i wstaje o piątej, bo – według wmawianych sobie samemu kłamstw – lubi oglądać wschody słońca, bujając się na werandzie na swoim trzeszczącym krześle. Pomaga naprawiać sąsiadom – o ile na tym pustkowiu oddalonych o dobre kilkanaście mil ludzi można nazwać sąsiadami – płoty, wozi się po okolicy swym Fordem F100 i żuje źdźbła zbóż, gdy wieczorami z nudów zagłębia się w sztukę numerologii, a na gramofonie kręci się jedna z wielu uzbieranych przez kilkanaście lat płyt; to jedyne co, oprócz różdżki, zabrał ze sobą z poprzedniego życia. Gdy tęskni za nią nieco bardziej, borsuczy Patronus wesoło skacze po skrzypiących deskach małej chatki. Zwierzątko zawsze prędko gubi się w przestrzeni, traci swą formę, rozmywa na brzegach kształtu; nigdy nie jest wystarczająco skupiony, a zaklęcie od niechcenia rzuca ręką.
    Przedstawia się jako Anthony, a wszystkie starsze panie mówią mu Tony i mówią, że dobry z niego chłopak.
    Nigdy nie był dobrą osobą, ale z grzeczności ich nie poprawia.
    Anthony • 36 lat • mała chatynka w Hrabstwie Terrell, w Teksasie • nadal nałogowy kłamca • właściciel błękitnego Forda F100 oraz Remingtona 700 VLS • garnitury porzucone na rzecz dżinsów, przepoconych koszul i kowbojskiego kapelusza • w kieszeni garść wyrzutów i różowa zapalniczka • stały bywalec pobliskiego baru, w którym razem z miejscowymi chętnie grywa w pokera

    Adam Anthony Walsh

    Dyrektor
    Magicznej Ochrony


    Urodzony w Irlandii czarodziej czystej krwii. Niezwykle skuteczny Auror w Ministerstwie Magii, a następnie w Magicznym Kongresie Stanów Zjednoczonych Ameryki. Od 1977 do 1981 Dyrektor Magicznej Ochrony.
    NR RAPORTU: ██ | ROK POWSTANIA: ████
    IMIĘ: Adam Anthony Walsh
    PŁEĆ: M
    DATA URODZENIA: 11.11.1946
    KRAJ POCHODZENIA: Irlandia
    STAN SPOŁECZNY: Żonaty z Clarą Walsh Badger
    STATUS: Martwy Poszukiwany
    OSTATNIE ZNANE MIEJSCE POBYTU: Nowy Jork, NY Hrabstwo Terrell, TX
    RÓŻDŻKA: wykonana z tarniny | rdzeń – włókno ze smoczego serca | sztywna | 12 cali
    PATRONUS: Borsuk europejski
    BOGIN: Dane zastrzeżone ze względu na bezpieczeństwo aurora
    INNE: Członek Zakonu Feniksa
    LEWA RĘKA
    Wysoki, tyczkowaty mężczyzna. Niezbyt umięśniony, żebra widoczne po uniesieniu rąk. Oczy niebieskie, „przeszywające” – błękitne, przechodzące w odcienie jasnej szarości. Twarz smukła i szczupła, żuchwa niewysunięta do przodu. Nos prosty o koniuszku poziomym, nigdy nie był złamany, co zostało potwierdzone podczas wywiadu. Dobrze widoczne kości policzkowe. Często pojawia się w prostych, acz eleganckich strojach, podczas wywiadu ubrany w dobrze dopasowany garnitur. [przyp. aut. – nowa cecha charakterystyczna: poparzony prawy bok twarzy]
    ████: Walsh, odpowiesz nam na kilka pytań?
    [śmiech]
    A.A.W.: A co z tego będę miał?
    Młodszy z dwóch synów. Ojciec Irlandczyk, matka – Polka. Rodzina czystej krwii. Absolwent Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, wychowanek domu Ravenclaw. Szkołę ukończył z doskonałymi wynikami oraz godnymi podziwu osiągnięciami w dziedzinie numerologii. W latach 1969-1975 Auror dla Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów w Ministerstwie Magii, następnie Auror dla MACUSA. W latach 1977-1981 zatrudniony jako Dyrektor Magicznej Ochrony w Departamencie Bezpieczeństwa Magicznego.
    ████: Korzystałeś kiedyś z niewybaczalnych?
    [cisza, westchnięcie]
    A.A.W.: Nie rozumiem, czemu pytacie o coś, co wiecie.
    ████: Walsh.
    A.A.W.: Korzystałem. Korzystam. I będę korzystać, jeżeli zajdzie potrzeba. Tyle.
    [cisza]
    A.A.W.: Gdybym chciał, mógłbym rzucić jedno na ciebie. Tu, teraz. Bez różdżki.
    ████: Walsh!
    [głośny śmiech]
    A.A.W.: No już, już! Nie napinaj się tak.
    A.A.W.: Żartuję.
    Oportunista i nałogowy kłamca. Ma chorobliwą słabość do hazardu, podejmowania ryzyka oraz liczb.
    ████: Czego się boisz?
    [cisza]
    Według wywiadu – trudna relacja z bratem. [przyp. aut. – śmierciożerca]
    ████: Był żonaty?
    ████: Jest. Nigdy nie podpisał papierów rozwodowych.
    Oficjalnie uznany za zmarłego w wyniku wypadku z dnia 21.09.1981. Według wywiadu – z poparzeniami III stopnia okolic twarzy oraz barku uciekł z miejsca zdarzenia.

    Witamy się wśród czarodziejskiej społeczności z tym przebrzydłym parszywcem, który nie jedną już twarz miał. Pragniemy wątków trudnych, gorzkich, krwią i łzami płynących, Adam w takich sprawdza się bowiem najlepiej. Poszukujemy dawnych i nowych wrogów, fałszywych przyjaciół i relacji zbyt skomplikowanych, by określić je jednym słowem. W kartotece znajdziecie trochę zdrapek, a pod jedną z klikajek – niespodziankę do kolekcji.

    ✎ mail lub discord: rawrawr | wizerunek: Harry Lloyd | w tytule WaluśKraksaKryzys
    ostatnia aktualizacja: 23.09.2024

    that doesn't phase me


    Lyinell della Robbia
    30 lat • gwiazda rocka • frontman zespołu Crusade
    czysta krew z leciutką skazą • Ilvermorny, dom Gromoptaka
    12 cali, sztywna, wianowłostka, pióro świergotnika

    Nie zliczysz na palcach jednej ręki, ile właściwie razy odsyłałeś poganiaczy wojennych z kwitkiem, wykazując się postępującym zobojętnieniem przy wysłuchiwaniu raz po raz tego samego. Jedyną różnicą były usta i ich faktura wypowiadająca słowa. Czasem robiłeś w głowie założenia, która kwestia zostanie tym razem wykorzystana w rozmowie. W muzyce nie ma miejsca na politykę, powtarzałeś tylko monotonnym głosem z możliwym do dosłyszenia znudzeniem. Stanie się tubą propagandową, to oddanie swojego głosu za bezcen i zaprzedanie siebie, a przecież wierny możesz być tylko sobie. Na końcu języka zawsze miałeś: nas to w ogóle nie dotyczy, to wasz konflikt. Jak przyszłość pokaże i twój amerykocentryzm, wcale się nie pomylisz i intuicja cię nie zawiedzie. Jednak z perspektywy tu i teraz, to wszystko nie dotyczy ciebie, kariery muzycznej, sukcesów osobistych, twojego życia i jego komfortu. Ot, gra niewarta świeczki, jakbyś to lekceważąco określił. Wygoda na koniec dnia okazuje się zbyt drogocenną walutą, by wyrzucić ją w błoto dla szczytnych celów, a ty nie jesteś i nigdy nie będziesz społecznikiem, działającym wyłącznie dla dobra lub przeciw innych. Bycie w centrum uwagi podczas koncertowania to to, co ma dla ciebie unikalny smak. Jeśli jacyś czarodziejscy fani listownie proszą, aby im pomóc z ucieczką ze Starego Kontynentu, potrafisz ich z kimś połączyć, by ułatwić im start w nowym miejscu. Na tym jednak wasze drogi się rozchodzą, reszta walki o samych siebie należy do nich.

    Oferujemy amerykańską ignorancję i niewrażliwość na problemy czarodziejów ze Starego Kontynentu.
    Romansów nie szukamy, ale przyjaciółmi i wrogami na odległość nie wzgardzimy.
    ✉ cold.air.at.night@gmail.com

    it matters where you are


    Chociaż rzekomo jego największym przymiotem miała być tężyzna umysłowa – tak twierdziła Tiara Przydziału nim ryknęła nazwę jego przyszłego domu – jak ostatni głupiec przez pewien czas próbował żyć złudzeniami, że ta wojna go nie dotyczy. Ułuda neutralności była całkiem kusząca, jednak ciężko przychodziło mu zagłuszenie tego jednego głosu – podobno rozsądku, tak się przedstawiał, jeśli miał mu wierzyć – mówiącego mu, że bierność mu nie przystoi. Zmuszony był mu przytaknąć, kiedy restauracja Tygrysie Oko należąca do jego babci została ozdobiona szkaradnym napisem BRUDNA SZLAMA wraz z wężowym ornamentem, który przywodził na myśl jedno tylko ugrupowanie coraz głośniejsze i bardziej bezczelne w swoich działaniach. Mimo że nigdy w pełni nie stał się członkiem Zakonu, to spełnił swoją powinność agitacją za odpowiednią opcją. Ale daleko od Wielkiej Brytanii, daleko od wojny.

    Niełatwo przychodzi mu wytrwanie w jednym miejscu, choć w utrzymywaniu przyjaźni – również tych długo dystansowych – nie ma sobie równych. Czasami z podróży zdarza mu się przywieźć artefakt znaleziony albo nabyty od kupca, szlachetny kamień, rzadki okaz rośliny, a kiedyś nawet życiowego towarzysza. Nie rozumie pogawędek o niczym, jakkolwiek jako Brytyjczyk podobnych rozmów odbył aż zbyt wiele w swoim życiu, a najtrudniej zrozumieć mu teatralne westchnienia babci Amrity. Mogłbyś przynajmniej znaleźć sobie jakąś ładną pannę, albo kogoś porządniejszego zbywa zatem raz za razem wzruszeniem ramion, skupiony na spisywaniu kolejnych obserwacji, jakich dokonał przy kolejnej wyprawie badawczej. Przy pojawieniu się trójki z przodu uznał, że to najwyższa pora, by nie przejmować się konwenansami nie przemawiającymi do niego, a zająć się tym, co faktycznie go interesowało.

    trzydzieści trzy lata ⇢ niegdysiejszy Krukon i prefekt domu ⇢ z wykształcenia magibotanik, z zamiłowania obieżyświat ⇢ znany z opracowania trzydziestu zastosowań drzewa wiggenowego ⇢ na stałe Stany Zjednoczone, na zmianę Anglia ⇢ czarodziej półkrwi po matecznej babce mugolaczce, która go wychowała ⇢ różdżka giętka, wręcz gibka, czarny orzech, 13 cali, włos z ogona testrala ⇢ patronusem kuna ⇢ na jego ramieniu zazwyczaj siedzi Okruch
    Prem Haldar


    na wizerunku Assad Zaman, w tytule Slowdive
    lubimy dużo, wystarczy podpytać, a bardzo możliwe, że się zgodzimy.
    kontakt mailowy: zasmucony.melepeta@gmail.com

    No blood in the mud we was raised in, spends life on the run

    ROOKWOOD
    Rookwood... był szpiegiem... przekazał Temu, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać mnóstwo pożytecznych informacji pochodzących z samego ministerstwa! [...] Sądzę, że zorganizował siatkę czarodziejów w samym ministerstwie i poza nim, żeby zbierać informacje.



    Starsi bracia przestali go lubić, kiedy nauczył się mówić i zaczął na nich donosić. Nie był gadułą, zbierał jedynie informacje, a potem je wykorzystywał. Zawsze wiedział wszystko i o wszystkich, będąc jednocześnie świadomym, kiedy należało zamknąć mordę i przestać kłapać.

    Był bratem, synem, przyjacielem, doskonałym rozmówcą, świetnym uczniem i wiernym kundlem, który, gdy kopnięty, zawsze wracał, bo potrzebował wyobrażać sobie, że przy kimś naprawdę miał swoje miejsce.

    Nie lubił dokonywać wyborów, jednak, pozbawiony innego wyjścia, poszedł w stronę, którą należało wybrać. Nie do końca wiedział, z czym to się je, najpierw został więc pierwszorzędnym donosicielem, a dopiero później mordercą rzygającym na widok krwi. Sądził, że nie ma języka, którym mógłby opisać to, co wtedy zobaczył, nakręcał się więc własnym milczeniem tak, jak nakręca się maniak, którego szaleństwu nikt nie chce przytaknąć.

    W tym szaleństwie musi być jednak metoda, skoro ściszony do szeptu głos Rookwooda wciąż odbija się od ścian Departamentu Tajemnic.

    Rookwood... (...) Nigdy nie przeszło mi przez głowę, że jest po stronie Sami-Wiecie-Kogo! Byłem pewny, że zbieram informacje dla nas! A Rookwood wciąż obiecywał mi posadę w ministerstwie...


    I am your ghost, a fallen angel

    Regulus Arcturus Black
    22 grudnia 1961, Londyn ~ młodszy z dwójki synów oriona i walburgi blacków ~ były ślizgon, szukający oraz prefekt ~ geniusz w dziedzinie eliksirów głównie współpracujący z apteką na ulicy pokątnej ~ w 1979 roku uznany za zaginionego ~ ponad rok później powrócił, już po stronie zakonu feniksa ~ pomimo zdrady rodzinnych ideałów, wciąż uznawany za dziedzica fortuny rodu blacków ~ na lewnym przedramieniu wyblakły mroczny znak cały pokryty bliznami ~ jego ramiona i tors również naznaczone są bliznami, ale o ich pochodzeniu wie tylko jedna osoba poza regulusem
    więzi ~ więcej
    I am the monster you created, You ripped out all my parts
    W oczach rodziców świat zawsze był czarno-biały — dzielił się na ludzi godnych ich uwagi i towarzystwa, oraz tych, który marnowali tlen; na tych, który sięgali po władzę i wielkość, i tych zbyt maluczkich, tchórzliwych, uległych, by wznieść się ponad mierność, która była im przeznaczona od urodzenia; na nich i całą resztę, zaledwie brudy pod butem, niewarte uwagi i jakichkolwiek praw czy szacunku. Blackowie zawsze należeli do tych lepszych — najlepszych z najlepszych, ze stuleciami historii i tradycji za pasem, i krwią czystszą od każdej innej czystokrwistej rodziny w Wielkiej Brytanii. Byli elitą elit, i ich opinie, ideały, istnienie przewyższały to pozostałych śmiertelników — a przynajmniej tak twierdzili Orion i Walburga Black, nosami kręcąc na każdy nawet najdrobniejszy objaw pospolitości.

    W ich świecie, w ich domu, nie było miejsca na nic prócz perfekcyjności — i Regulus robił wszystko, co tylko mógł, by spełnić ich wymagania. Godziny siedzenia nad książkami i studiowana tematów, które jego rówieśnicy poznaliby dopiero w Hogwarcie — bo przecież Black powinien panować nad magią nawet w wieku dziecięcym, na długo przed otrzymaniem pierwszej różdżki; dnie spędzone przy fortepianie, grając i grając, i grając, ignorując ostry ból w palcach, nawet kiedy wydawało mu się, że zaraz je połamie — bo muzyka klasyczna od zawsze była sztuką należącą do wyższych sfer i stanowiła kolejny dowód ich wyższości; tygodnie, miesiące, lata podążania za przykładem rodziców, powtarzania ich idei, opinii, szyderstw, obracania się w zaaprobowanym przez nich towarzystwie, pokazywania wiecznie nienagannych manier — czy teraz już mnie kochacie? Czy w końcu jesteście ze mnie dumni?

    Czarno-białe szkło, przez które Regulus oglądał świat, rozbiło się w dniu, w którym Syriusza przydzielono do Gryffindoru. Dom zadrżał w posadach i w jednej chwili zmieniło się wszystko — a jednocześnie nie zmieniło się nic. Rodzice nadal kręcili nosami na każdą oznakę przeciętności, ale teraz Syriusz również należał do tłumu, na który patrzyli z góry; wciąż uważali się za lepszych od wszystkich, ale teraz Syriusz był błotem na podeszwach ich perfekcyjnie wypolerowanych butów. Syriusz, który przez lata był Regulusa całym światem — jego ulubioną osobą, jego wzorem, jego najwspanialszym bratem. Syriusz, który czasem zdawał się czerpać przyjemność z tego, że był wszystkim, czego rodzice nienawidzili.

    I Regulus zaczął pracować jeszcze ciężej, na marne próbując wypełnić role Syriusza i swoją jednocześnie. Kiedy na głowę wsadzono mu Tiarę Przydziału, jedyne, o czym Regulus myślał to: Błagam, Slytherin, muszę trafić do Slytherinu. Kiedy siedział na lekcjach, notował każde słowo nauczycieli, zadawał pytania, i na koniec leciał do biblioteki, by wypełnić wszelkie luki, jakie mógł tylko znaleźć w podawanych im informacjach. Utrzymywał perfekcyjne wyniki i zawsze pojawiał się na zajęciach, na Eliksirach popisywał się wiedzą i naturalnym instynktem, który rodzice pielęgnowali w nim od dziecka. Kiedy został zaproszony do Klubu Ślimaka, ojciec skinął głową w geście niemalże wyrażającym dumę, i powiedział, “Stary Slughorn ma wielu wysoko położonych pupili, z którymi warto nawiązać znajomości.” Ale nawet w swoim starannym dążeniu do perfekcji i utrzymywaniu nienagannych wyników, Regulus wciąż nie był wystarczająco dobry; wciąż popełniał błędy osoba jego urodzenia nie powinna była popełniać. Jak Quidditch. Rodzice — zwłaszcza matka — nie byli zadowoleni, kiedy oznajmił im, że dostał się do drużyny. Nigdy nie powiedzieli tego na głos — kupili mu najwyższej klasy miotłę, bo Blackowie zasługiwali na najlepsze, i patrzyli, dezaprobata wyraźna w każdym spojrzeniu. Czy po raz pierwszy ujrzeli w nim dzikość, która tak bardzo wadziła im w Syriuszu? Czy po raz pierwszy przestał być jedynie marionetką, a stał się człowiekiem z własnymi myślami i pragnieniami?

    To bolało. Brak akceptacji, entuzjazmu, dumy bolał, ale Regulus nie potrafił przestać. James Potter był gwiazdą drużyny Gryffindoru — a przecież Syriusz uważał Jamesa Pottera za najfajniejszą osobę na świecie, czyż nie? Regulus mógł być jak James; Regulus mógł być lepszy niż James, pokazać Syriuszowi, co tracił.

    Całe jego życie składało się z wiecznego błagania, czyż nie? Błaganie — o uwagę, miłość, akceptację. Widzisz mnie, widzisz mnie, widzisz mnie? Kochasz mnie? Dlaczego mnie nie kochasz? Przecież tak bardzo się staram, nie widzisz? Dlaczego nawet kiedy wpasowuję się we wszystkie twoje wymagania i pragnienia, nadal nie jestem wystarczająco dobry?

    Żałosne — to, jak szybko odrzucał każdą myśl, ideę, pragnienie tylko po to, by na moment stać się wystarczającym. Jak kulił się mocniej i mocniej, aż została z niego jedynie skorupa wypełniona oczekiwaniami innych, wykręcająca się na wszystkie strony, byle usłyszeć: jesteśmy z ciebie dumni. Nigdy tego nie usłyszał — nie, kiedy ze spokojem przejął pozycję dziedzica po ucieczce Syriusza, chociaż chciał krzyczeć, aż zedrze gardło; nie, kiedy z dumą zaprezentował odznakę prefekta, chociaż jedyne, o czym marzył, to chwili odpoczynku; nie, kiedy wyciągnął lewe przedramię i pozwolił, aby czarna magia wsiąknęła w jego skórę, na daremne próbując powstrzymać płynące z bólu łzy; nie, kiedy jego ręce splamił szkarłat w imię ideologii, w którą nie potrafił już wierzyć, w imię ludzi, z których ideałami się nie zgadzał.

    W oczach rodziców świat zawsze był czarno-biały — i w amoku emocji, z drżącym, poranionym Stworkiem w ramionach, Regulus zrozumiał, że nigdy nie stanie się dla nich wystarczająco dobry.

    Wyrwanie się spod wpływu rodziców, zrzucenie z barków okowów bycia Śmierciożercą, dziedzicem, Blackiem, było najprostszym i najtrudniejszym momentem jego życia — ale po raz pierwszy Regulus wiedział, co musiał zrobić, co chciał zrobić: dla siebie, dla Stworka, dla tej cholernej wojny. Zwrócił się do jedynej osoby, której bezgranicznie ufał, której oddałby swoje życie bez sekundy wahania; jedynej osoby, która widziała go, zawsze, w pełni, przy której nie musiał krzyczeć: dostrzeż mnie, dostrzeż mnie, dostrzeż mnie.

    Nawet wtedy, kiedy stali po dwóch stronach barykady, kiedy jeden pozostał wierny Mrocznemu Znakowi, a drugi go odrzucił, Evan wciąż złapał jego dłoń. Nawet kiedy Regulus wspomniał o sekrecie, horkruksach i chcę go zniszczyć, Evan wciąż powiadział: możesz na mnie liczyć. Czasem Regulus żałował, że go w to wszystko wciągnął; czasem żałował, że zimne, martwe dłonie inferiusów nie zabrały go ze sobą na dno. Evan go wyciągnął — wyrwał z zachłannych rąk inferiusów, odpierał atak tak długo, aż Regulus pozbierał się na tyle, by powiedzieć, “Stworek, zabierz nas stąd.” Evanowi zależało w sposób, w jaki nikomu innemu nie zależało, nie otwarcie. Regulus powinien był starać się bardziej — nalegać: zostań ze mną, nie wracaj tam, jak tam wrócisz, to w końcu zginiesz, ale nie nalegał. Ich drogi rozeszły się — i chociaż Regulus wiedział, że w końcu stanął po właściwej stronie, nigdy nie czuł się z tym w pełni dobrze, tak, jakby jego emocje nie były w stanie nadążyć za umysłem.

    I oto jest — trzy lata po zmianie stron, rok po zakończeniu wojny i śmierci— rok po zakończeniu wojny, mądrzejszy, bardziej odpowiedzialny, doroślejszy, a jednak wciąż czuje się jak ten sam dzieciak goniący za aprobatą innych. Jest rozbitym naczyniem, z którego wylała się wszelka zawartość — zbitkiem ostrych, szklanych kawałków udających człowieka, marną imitacją ludzkości i prawdziwości. Zgubił się już wieki temu i wciąż nie potrafi się odnaleźć — z każdym krokiem zgłębiając się bardziej w labirynt gdybyś, chciałbyś, powinieneś. Wciąż goni za perfekcją — ale tym razem wie, że nigdy jej nie osiągnie tak długo, jak długo Mroczny Znak widnieje na jego ramieniu. Powinien był zginąć w tej jaskini; powinien był zakończyć to, kiedy tylko pozbył się horkruksa raz na zawsze.

    Ale nie zakończył. Jest, trwa, roztrzaskany i pusty. Porusza się powoli, wbrew życzeniom matki, w sprzeczności z jej ideałami. Ignoruje kłucie w sercu, gdy spojrzenia zatrzymują się w miejscu, gdzie pod materiałam koszuli kryje się Mroczny Znak, wyblakły i poszarpany, i rozpoznawalny. Próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie pełnym szarości, błąka się, przechadza wiecznie tymi samymi ulicami, zbyt zmęczony, by wyjść poza schemat. Trwa, wciąż i nieprzerwanie, a Evan nie żyje, i Regulus nie wie już, jak bez niego istnieć.
    And worst of all, for me to live, I gotta kill the part of me that saw That I needed you more

    Dzień dobry. Na wizerunku Timothée Chalamet, cytaty z jednego z moich ulubionych utworów "What Could Have Been" Stinga. Za tę litanię powyżej serdecznie przepraszam, ale lata obsesji na punkcie Regulusa Blacka w końcu wyszły na światło dzienne i nie dają mi żyć. Ten chłopak żył w mojej głowie rent free od ponad dekady, musicie mi wybaczyć. ;) Jako że Regulus znajdował się po obu stronach barykady, przyjmiemy wszystkie znajomości dawne i obecne. Mam powiązanie do oddania o podłożu romantyczno-erotycznym, ale z założeniem, że Evan to wciąż miłość życia Regulusa — jeśli kogoś interesują takie klimaty, zapraszam do kontaktu. Mail: boromir.is.my.boyfriend@gmail.com

    THIS GIRL IS A GUN

    I want to cry so hard I choke

    but I want everything I asked for.

    NARCISSA BLACK ― UR. 20 STYCZNIA 1955. CZAROWNICA CZYSTEJ KRWI. ABSOLWENTKA DOMU WĘŻA. DUMA DOMU BLACKÓW. NIESTETY ŻONA LUCJUSZA. MŁODSZA SIOSTRA BELLATRIX I ANDROMEDY. MATKA DRACO. ŚMIERCIOŻERCZYNI BEZ WYBORU. AS W RĘKAWIE W POSTACI OKLUMENCJI. WIECZNY BITCH-FACE POMIMO DOBRYCH CHĘCI.  DEPRESJA POPORODOWA, SYNDROM OSZUSTA I CAŁA GAMA UPRZYKRZAJĄCYCH ŻYWOT NATRĘCTW. GERWAZY. COMP-HET LESBIJKA. BOGINEM SZYDZĄCY Z NIEJ OJCIEC, PATRONUSEM WIELKA, CZARNA WDOWA. RÓŻDŻKA: ODPOWIEDNIO SZTYWNA, 6 I PÓŁ CALA, WYKONANA Z DRZEWA WIERZBOWEGO I ZAWIERAJĄCA WŁÓKNO Z PACHWINY NIETOPERZA. PLAYLISTA. SZNURKI.

    Man, am I the greatest? God, I hate it.

    All my love and patience, unappreciated.

    Z tępym wzrokiem wbitym w plamę wilgoci zdobiącą sufit oraz bez słowa protestu na ustach, pozwoliła mężowi zaspokoić niezwykle istotne, męskie żądze. Podczas zbliżeń nigdy nie patrzyła na Lucjusza, a jej ciało stawało się zimne i odległe, niczym głaz ciśnięty i pogrzebany w otchłani oceanu. Kiedy było już po wszystkim (chwała Czarnemu Panu!), podniosła się do siadu, żeby zapalić cienkiego papierosa. Cisza w pomieszczeniu zdawała się tak gęsta, że bez problemu można byłoby ukroić dla siebie niemały kawałek.  Pierwszym, który odważył się ją przerwać był on. Oczywiście.

    "Zajmiesz się dzisiaj Draco? Chciałbym pomóc, ale mam ważne spotkanie w Ministerstwie. Rozumiesz to, prawda?"

    Mąż był przewidywalny, aż do znudzenia. Bywały momenty, gdy z trudem powstrzymywała się od wybuchnięcia maniakalnym śmiechem prosto w jego durną twarz. 

    "Dobrze. Możesz już iść."

    "Na pewno?"

    "Tak, Lucjuszu. Dam sobie radę." Wargi młodej kobiety wykrzywiły się w słodkim uśmiechu.

    "Jesteś cudowna" wymruczał, nachylając się i składając pocałunek na jej czole. "Co ja bym bez ciebie zrobił?"

    "Umarłbyś, Lucjuszu. To proste" zażartowała, choć jej oczy pozostały zimne. 

    AUTORSKA PAPLANINA: Cześć :) Za Lucka i wątek f/f o podłożu romantycznym (a już na pewno erotycznym!) wyściskamy mocno - po szczegóły najlepiej posłać sówkę na xlonelyisthemusex@gmail.com.

    Hatred comes from fear.

    Hirokazu Sogawar is life, life is death
    Zdawać by się mogło, że przywdziwaszy raz złotą szatę, serce zawsze będzie pragnęło trzymać się wyżyn własnych możlkiwości. Można by powiedzieć, że z pozoru niewinne, ułożone dzieci nie skrywają sekretów przed swoimi rodzicami, czy wychowawcami. Duma, czystość i honor były mantrą, modlitwą, którą wpajano od najmłodszych lat, niezłamaną póki nie nadeszły ciemne chmury. Jednak serce to niezbadany element, kapryśny i pełen żądz, nieprzewidywalny i humorzasty, nie raz i nie dwa dający się porwać słodkim pokusom. Nawet umysł i rozsądek nie były wstanie mierzyć się z jego siłą i gwałtownością, poddając się naporowi miłości i szczęścia, rozpaczy i wściekłości.

    Jak niewiele trzeba, by złamać człowieka niczym uschniętą gałązkę?
    Jak niewiele trzeba, by złamać obietnice i więzy krwi?
    Jak niewiele trzeba, aby przeciwstawić się wszystkiemu co znane, by rzucić w wir chaosu całe życie?

    BYŁY ŚMIERCIOŻERCA (BO NIE MIAŁ INNEGO WYBORU) || BYŁY NAUCZYCIEL OPCM W MAHOUTOKORO || JAPOŃCZYK CZYSTEJ KRWII || 32 LATA - ur. 11.11.1950r NA OBRZEŻACH MIASTA SENDAI || UCIEKINIER UKRYWAJĄCY SIĘ PRZED MINISTERSTWAMI MAGII - OBECNIE W POBLIŻU JAPOŃSKIEJ GRANICY || RĘCE SPLAMIONE KRWIĄ CZARODZIEJÓW JAK I MUGOLI || WYRZUTEK I ZDRAJCA || W CIĄGŁEJ PODRÓŻY ODKĄD VOLDEMORT UPADŁ (ODKĄD CZARNY PAN OBRÓCIŁ SIĘ PRZECIW NIEMU) || ZNAMIE SKRYWANE POD DŁUGIM RĘKAWEM || ZAMIŁOWANIE DO CZARNEJ MAGII ORAZ UROKÓW || BYŁY ŚCIGAJĄCY I PREFEKT || NIEGDYSIEJSZY ULUBIENIEC NAUCZYCIELI || LATA TEMU UKOCHANY SYN BRUTALNIE ZAMRODOWANYCH URZĘDNIKA I LEKARKI, O CZYM NIGDY NIE MÓWI || STARSZY BRAT || RÓŻDŻKA WYKONANA Z WIŚNI, 10 CALI, WŁÓKNO ZE SMOCZEGO SERCA, ODPOWIEDNIO GIĘTKA || PATRONUSEM KOT, NATOMIAST BOGIN PRZYBIERA FORMĘ SAMI-WIECIE-KOGO || PRZEDSTAWIA SIĘ RÓŻNYMI IMIONAMI, RZADKO KIEDY SWOIM

    His eyes Were the very bottom of Hell… Pure torment, Clearly expressed. If you allow Their horror to get to you, You will become like them, The unspeakable abyss.



    FROM A TENDER AGE I WAS CURSED WITH RAGE

    They treat me like if I did something criminal.

    All eyes on me, I feel like I'm a superstar.

    SIRIUS BLACK THE THIRD ― UR. 3 LISTOPADA 1959. CZARODZIEJ CZYSTEJ KRWI. ABSOLWENT DOMU GRYFA. WIELKIE CZARNE PSISKO W RODZINIE BLACKÓW. STARSZY BRAT REGULUSA.  UKOCHANY OJCIEC CHRZESTNY HARRY'EGO. JEDEN Z OWIANYCH ZŁĄ SŁAWĄ HUNCWOTÓW. CZŁONEK ZAKONU FENIKSA. AUROR OD SIEDMIU BOLEŚCI. LOVE-HATE RELATIONSHIP Z MUGOLSKIMI ŚRODKAMI PRZECIWBÓLOWYMI. NIE POGARDZI DOBRYM, MOCNYM TRUNKIEM. GENERALNIE KRĘTACZ, ZAKAŁA I MIERNOTA. LUNA && JERRY. DEMISEKSUALNY. BOGINEM MARTWY BRAT, PATRONUSEM WILK. RÓŻDŻKA: GIĘTKA, 13 CALI, WYKONANA Z DRZEWA SOSNOWEGO, ZAWIERAJĄCA ŁUSKĘ WYWERNY I POKRYTA W CAŁOŚCI RUNAMI. PLAYLISTA. SZNURKI.

     No pain inside, you're like perfection.

    But how do I feel this good sober?

    Siarczysty policzek wymierzony przez matkę sprawił, że zatoczył się, jak ćma żmudnie trzepiąca się w szklanym kloszu nocnej lampki. Piekący ból po uderzeniu był niczym w porównaniu do tego, który momentalnie wgryzł się w sam środek jego duszy. 

    "Zejdź mi z oczu. I najlepiej nigdy nie wracaj." Głos matki skojarzył mu się z nieugiętym lodowcem. Jeszcze nigdy nie słyszał, by do kogokolwiek zwróciła się w podobny sposób. 

    "Matko..."

    "Nie nazywaj mnie tak. Odbieram ci to prawo, Syriuszu. Właśnie teraz." 

    Łzy cisnęły się do jego oczu równie uparcie, co cięta riposta na wciśnięty w tył zębów język. Powstrzymał się jednak. Zamiast tego przełknął głośno ślinę, a potem bardzo powoli skinął głową, jak gdyby chciał ofiarować kobiecie szansę na zmianę zdania. Wiedział, że tak się nie stanie - zbyt dobrze znał osobę stojącą na przeciwko niego. A mimo to, gdzieś na samym dnie, tliła się jeszcze cicha nadzieja. Cóż - nie bez powodu nazywana była matką głupich. 

    "Oczywiście, Pani Black. Jak sobie Pani życzy." Młody mężczyzna ukłonił się nisko, po czym odwrócił na pięcie pragnąc jak najszybciej wydostać się z pułapki, którą jeszcze parę minut wcześniej nazywał swoim domem.

    W pośpiechu chwycił za sportową torbę kupioną kiedyś na mugolskim targu - mimo, że lata świetności miała dawno za sobą, wydawała mu się najlepszą opcją do szybkiej wyprowadzki. Podręczniki, butelka wody, paczka papierosów. Wszystko to upchnął jakoś w środku i zarzucił ją na ramię. Zbiegając po schodach, użył całej swojej siły, by nie nawiązać kontaktu wzrokowego z młodszym bratem, który na pewno próbowałby go zatrzymać. Nie było już odwrotu. Nie tym razem.

    AUTORSKA PAPLANINA: Cześć :) Luniaczka już mamy, to jeszcze Roguś i Glizdek by się przydali. W sprawie wątków/powiązań najlepiej posłać sówkę na xlonelyisthemusex@gmail.com.