Adam A. Walsh
Adam A. Walsh
1970
1976
1981
teraz
kartoteka
To nigdy nie była i nie będzie jego wojna. Jest czarodziejem czystej krwi, nad wyraz preferującym własną pozycję oraz gorzką dla innych neutralność, którą on sam uważa za swą całkiem dobrą przyjaciółkę. Może dojdzie mu trochę roboty. Nie narzeka jednak, jest wystarczająco efektywny, a wszelakie moralne rozterki nigdy nie były jego mocną stroną; toteż gdy Bartemiusz Crouch Senior wszem i wobec oświadcza, że używanie wszystkich z trzech Zaklęć Niewybaczalnych na stanowisku Aurora jest całkowicie dozwolone, wzrusza jedynie ramionami, przyzwolenie to przyjmuje z nader wygodną mu obojętnością.
Nie będzie musiał się już kryć. Ułatwi mu to nieco wypełnianie papierologii. Może wypali jednego papierosa mniej.
Ostatecznie i tak liczy się skuteczność. A on jest cholernie skuteczny ze swoją przebrzydłą charyzmą, diabelskim urokiem i długimi palcami, pod którymi tak dobrze układa się nieco za sztywna różdżka.
Gdy po wielu latach jakże bolesnej rozłąki ponownie spotyka swojego starszego brata – tym razem na jego lewym przedramieniu wybrzmiewa wspomnienie całkiem zgrabnego Morsmorde – Adam nie wierzy, że tak łatwo się sprzedał. Zawsze miał go za skurwysyna, chuja i najgorsze plugastwo dzielonej z nim ziemi, ze wzajemnością oczywiście, toteż wyśmiewa go jedynie, gdy dostaje propozycję dołączenia do wyznawców Czarnego Pana. Nigdy nie był fanem dziwnych kultów. Rozchodzą się z Cruciatusem na ustach; Adam trafia w jego kostkę, a Gregory chybia o kilka centymetrów, bo jego dłoń zajęła się już bolesnymi drgawkami.
Tego wieczoru Adam wypala jednego papierosa więcej. Z czystej i parszywej satysfakcji.
Kilka dni później bez wielkiej radości i z neutralnym wyrazem twarzy przyjmuje zaproszenie do Zakonu. To nigdy nie była i nie będzie jego wojna, powtarza sobie, ale choćby przez chwilę, dla własnych celów, może się w nią pobawić i zagrać w potasowane mu przez życie karty. Zawsze miał słabość do hazardu.
Nie będzie musiał się już kryć. Ułatwi mu to nieco wypełnianie papierologii. Może wypali jednego papierosa mniej.
Ostatecznie i tak liczy się skuteczność. A on jest cholernie skuteczny ze swoją przebrzydłą charyzmą, diabelskim urokiem i długimi palcami, pod którymi tak dobrze układa się nieco za sztywna różdżka.
Gdy po wielu latach jakże bolesnej rozłąki ponownie spotyka swojego starszego brata – tym razem na jego lewym przedramieniu wybrzmiewa wspomnienie całkiem zgrabnego Morsmorde – Adam nie wierzy, że tak łatwo się sprzedał. Zawsze miał go za skurwysyna, chuja i najgorsze plugastwo dzielonej z nim ziemi, ze wzajemnością oczywiście, toteż wyśmiewa go jedynie, gdy dostaje propozycję dołączenia do wyznawców Czarnego Pana. Nigdy nie był fanem dziwnych kultów. Rozchodzą się z Cruciatusem na ustach; Adam trafia w jego kostkę, a Gregory chybia o kilka centymetrów, bo jego dłoń zajęła się już bolesnymi drgawkami.
Tego wieczoru Adam wypala jednego papierosa więcej. Z czystej i parszywej satysfakcji.
Kilka dni później bez wielkiej radości i z neutralnym wyrazem twarzy przyjmuje zaproszenie do Zakonu. To nigdy nie była i nie będzie jego wojna, powtarza sobie, ale choćby przez chwilę, dla własnych celów, może się w nią pobawić i zagrać w potasowane mu przez życie karty. Zawsze miał słabość do hazardu.
I będziesz się tak za nim wiecznie uganiać? — Adam nie patrzy na nią, bo wie, że ma rację. Pełną, stuprocentową rację. — Póki ciebie nie zamorduje?
Nie lubi, gdy jest tak pewna w swych osądach, jak zwykle, niezwykle trafnych. Gdy przyszpila go do ziemi tymi swoimi ciemnymi oczkami bez dna – robi to właśnie teraz i wywierca dziury w jego ramionach, barkach, twarzy, drapie swym spojrzeniem niby ostrym szponem. Zostawia w nim ropiejące wyrwy, jątrzące się, niemogące zabliźnić się rany na wylot.
— Clara, taką mam robotę. — Cisza, zbyt nieprzyjemna, by trwała zbyt długo. — Ty też masz. — Dodaje po chwili.
— Oboje wiemy, że nie chodzi tu o robotę.
W końcu łypie na nią nieprzyjemnie, ze ściągniętą brwią i zmarszczonym czołem. Tylko przez chwilę, bo nie wytrzymuje presji, znowu ucieka od niej wzrokiem. Spogląda przed siebie, nieobecny. Planuje już kolejny ruch. Planuje już kolejną ucieczkę.
— Wiem — mówi w końcu, bo nie potrafi odpowiedzieć jej nic innego, bo wie, że ona wie i że wiedzą to oboje. Obnaża się przed nią całkowicie; nie ma nic do stracenia. Nie z nią.
Czasami zastanawia się, czemu w ogóle uklnęknął. Są sobie całkowitymi przeciwieństwami i nienawidzi jej tak bardzo, jak miał ją kochać.
Bo jest ładną, wysoką kobietą, myśli. Z pulchną, ale w uroczy sposób, twarzą, kilkoma piegami i włosami ognistymi jak diabli. Jej przednie zęby są trochę za długie i wystają zza warg, kiedy się szeroko uśmiecha, a uśmiecha się dużo częściej niż on. Też jest niezła, może nawet lepsza od niego, zwinniejsza, celniejsza i szybsza w działaniu, a jej riposty są na tyle ostre, że dostarczają mu wystarczająco rozrywki.
— Potrzebujemy ciebie tutaj.
Dobrze było ją mieć przy sobie, ale co za dużo, to nie zdrowo.
— Nie mój interes, Clara.
— Kłamiesz.
Ten jeden, jedyny raz nie kłamie. Ten jeden, jedyny raz nie mami, nie mąci i nie kręci. Choć cały skonstruowany jest z kłamstw, choć obrośnięty nimi niby mchem i dławi się prawdą, gdy fałsz gładko ślizga się po krtani, ten jeden, jedyny raz jest z nią w pełni szczery.
Zawsze był w końcu psem, kundlem, parszywym skurwysynem i jebanym oportunistą, który nie rzuca obietnic na wiatr, ale nie dotrzymuje swych słów. Czarodziejem czystej krwi, którego ni ziębi, ni grzeje, czy koledze szlamie będzie się dobrze żyło.
— Obiecałem mu, Clara — mówi, gdy z kieszeni prasowanych w kant spodni wyciąga wymiętą paczkę papierosów oraz różową zapalniczkę, z której korzysta z przyczyn czysto sentymentalnych. — A ja obietnic dotrzymuję.
— Mi też obiecałeś, Adam. Aż do śmierci.
Odpala prędko papierosa, zaciąga się nim i znowu kosi po niej spojrzeniem, ale to przelatuje na wylot, nie zatrzymuje się, choćby tego pragnął, choćby chciał zawiesić jeszcze na niej oko, zapamiętać, gdzie na jej polikach biegną konstelacje z piegów, jak układa się ruda grzywka. Pędzi gdzieś dalej, ucieka.
Ucieka, ucieka, kłamie i znowu ucieka. To zawsze wychodziło mu najlepiej.
— Aż do śmierci — powtarza po niej i uśmiecha się ładnie, szeroko, błyska zębami.
Nie lubi, gdy jest tak pewna w swych osądach, jak zwykle, niezwykle trafnych. Gdy przyszpila go do ziemi tymi swoimi ciemnymi oczkami bez dna – robi to właśnie teraz i wywierca dziury w jego ramionach, barkach, twarzy, drapie swym spojrzeniem niby ostrym szponem. Zostawia w nim ropiejące wyrwy, jątrzące się, niemogące zabliźnić się rany na wylot.
— Clara, taką mam robotę. — Cisza, zbyt nieprzyjemna, by trwała zbyt długo. — Ty też masz. — Dodaje po chwili.
— Oboje wiemy, że nie chodzi tu o robotę.
W końcu łypie na nią nieprzyjemnie, ze ściągniętą brwią i zmarszczonym czołem. Tylko przez chwilę, bo nie wytrzymuje presji, znowu ucieka od niej wzrokiem. Spogląda przed siebie, nieobecny. Planuje już kolejny ruch. Planuje już kolejną ucieczkę.
— Wiem — mówi w końcu, bo nie potrafi odpowiedzieć jej nic innego, bo wie, że ona wie i że wiedzą to oboje. Obnaża się przed nią całkowicie; nie ma nic do stracenia. Nie z nią.
Czasami zastanawia się, czemu w ogóle uklnęknął. Są sobie całkowitymi przeciwieństwami i nienawidzi jej tak bardzo, jak miał ją kochać.
Bo jest ładną, wysoką kobietą, myśli. Z pulchną, ale w uroczy sposób, twarzą, kilkoma piegami i włosami ognistymi jak diabli. Jej przednie zęby są trochę za długie i wystają zza warg, kiedy się szeroko uśmiecha, a uśmiecha się dużo częściej niż on. Też jest niezła, może nawet lepsza od niego, zwinniejsza, celniejsza i szybsza w działaniu, a jej riposty są na tyle ostre, że dostarczają mu wystarczająco rozrywki.
— Potrzebujemy ciebie tutaj.
Dobrze było ją mieć przy sobie, ale co za dużo, to nie zdrowo.
— Nie mój interes, Clara.
— Kłamiesz.
Ten jeden, jedyny raz nie kłamie. Ten jeden, jedyny raz nie mami, nie mąci i nie kręci. Choć cały skonstruowany jest z kłamstw, choć obrośnięty nimi niby mchem i dławi się prawdą, gdy fałsz gładko ślizga się po krtani, ten jeden, jedyny raz jest z nią w pełni szczery.
Zawsze był w końcu psem, kundlem, parszywym skurwysynem i jebanym oportunistą, który nie rzuca obietnic na wiatr, ale nie dotrzymuje swych słów. Czarodziejem czystej krwi, którego ni ziębi, ni grzeje, czy koledze szlamie będzie się dobrze żyło.
— Obiecałem mu, Clara — mówi, gdy z kieszeni prasowanych w kant spodni wyciąga wymiętą paczkę papierosów oraz różową zapalniczkę, z której korzysta z przyczyn czysto sentymentalnych. — A ja obietnic dotrzymuję.
— Mi też obiecałeś, Adam. Aż do śmierci.
Odpala prędko papierosa, zaciąga się nim i znowu kosi po niej spojrzeniem, ale to przelatuje na wylot, nie zatrzymuje się, choćby tego pragnął, choćby chciał zawiesić jeszcze na niej oko, zapamiętać, gdzie na jej polikach biegną konstelacje z piegów, jak układa się ruda grzywka. Pędzi gdzieś dalej, ucieka.
Ucieka, ucieka, kłamie i znowu ucieka. To zawsze wychodziło mu najlepiej.
— Aż do śmierci — powtarza po niej i uśmiecha się ładnie, szeroko, błyska zębami.
Urgent!
Famous auror dead
What willhappen now?
Różdżkę już dawno schował w szufladzie lekko przechylonej w prawo szafki nocnej, skrzypiącej tak głośno, że z szacunku dla własnych uszu już wcale jej nie otwiera. I tak by mu się nie przydała – do podchodzących zbyt blisko, pewnych swoich kłów kojotów zdecydowanie wygodniej strzela się z Remingtona; do zbyt odważnych czarodziejów zresztą też.
Życie nie jest złe, ale może mogłoby być odrobinę lepsze. Ma trzydzieści sześć lat, parszywą bliznę na twarzy, którą zakrywa skrzętną iluzją, i zbyt wiele wyrzutów sumienia, choć do przykurzonego lustra mówi, że niczego nie żałuje. Chodzi spać o północy i wstaje o piątej, bo – według wmawianych sobie samemu kłamstw – lubi oglądać wschody słońca, bujając się na werandzie na swoim trzeszczącym krześle. Pomaga naprawiać sąsiadom – o ile na tym pustkowiu oddalonych o dobre kilkanaście mil ludzi można nazwać sąsiadami – płoty, wozi się po okolicy swym Fordem F100 i żuje źdźbła zbóż, gdy wieczorami z nudów zagłębia się w sztukę numerologii, a na gramofonie kręci się jedna z wielu uzbieranych przez kilkanaście lat płyt; to jedyne co, oprócz różdżki, zabrał ze sobą z poprzedniego życia. Gdy tęskni za nią nieco bardziej, borsuczy Patronus wesoło skacze po skrzypiących deskach małej chatki. Zwierzątko zawsze prędko gubi się w przestrzeni, traci swą formę, rozmywa na brzegach kształtu; nigdy nie jest wystarczająco skupiony, a zaklęcie od niechcenia rzuca ręką.
Przedstawia się jako Anthony, a wszystkie starsze panie mówią mu Tony i mówią, że dobry z niego chłopak.
Nigdy nie był dobrą osobą, ale z grzeczności ich nie poprawia.
Życie nie jest złe, ale może mogłoby być odrobinę lepsze. Ma trzydzieści sześć lat, parszywą bliznę na twarzy, którą zakrywa skrzętną iluzją, i zbyt wiele wyrzutów sumienia, choć do przykurzonego lustra mówi, że niczego nie żałuje. Chodzi spać o północy i wstaje o piątej, bo – według wmawianych sobie samemu kłamstw – lubi oglądać wschody słońca, bujając się na werandzie na swoim trzeszczącym krześle. Pomaga naprawiać sąsiadom – o ile na tym pustkowiu oddalonych o dobre kilkanaście mil ludzi można nazwać sąsiadami – płoty, wozi się po okolicy swym Fordem F100 i żuje źdźbła zbóż, gdy wieczorami z nudów zagłębia się w sztukę numerologii, a na gramofonie kręci się jedna z wielu uzbieranych przez kilkanaście lat płyt; to jedyne co, oprócz różdżki, zabrał ze sobą z poprzedniego życia. Gdy tęskni za nią nieco bardziej, borsuczy Patronus wesoło skacze po skrzypiących deskach małej chatki. Zwierzątko zawsze prędko gubi się w przestrzeni, traci swą formę, rozmywa na brzegach kształtu; nigdy nie jest wystarczająco skupiony, a zaklęcie od niechcenia rzuca ręką.
Przedstawia się jako Anthony, a wszystkie starsze panie mówią mu Tony i mówią, że dobry z niego chłopak.
Nigdy nie był dobrą osobą, ale z grzeczności ich nie poprawia.
Anthony • 36 lat • mała chatynka w Hrabstwie Terrell, w Teksasie • nadal nałogowy kłamca • właściciel błękitnego Forda F100 oraz Remingtona 700 VLS • garnitury porzucone na rzecz dżinsów, przepoconych koszul i kowbojskiego kapelusza • w kieszeni garść wyrzutów i różowa zapalniczka • stały bywalec pobliskiego baru, w którym razem z miejscowymi chętnie grywa w pokera
Adam Anthony Walsh
Dyrektor
Magicznej Ochrony
Urodzony w Irlandii czarodziej czystej krwii. Niezwykle skuteczny Auror w Ministerstwie Magii, a następnie w Magicznym Kongresie Stanów Zjednoczonych Ameryki. Od 1977 do 1981 Dyrektor Magicznej Ochrony.
NR RAPORTU: ██ | ROK POWSTANIA: ████
IMIĘ: Adam Anthony Walsh
PŁEĆ: M
DATA URODZENIA: 11.11.1946
KRAJ POCHODZENIA: Irlandia
STAN SPOŁECZNY: Żonaty z ClarąWalsh Badger
STATUS:Martwy Poszukiwany
OSTATNIE ZNANE MIEJSCE POBYTU:Nowy Jork, NY Hrabstwo Terrell, TX
RÓŻDŻKA: wykonana z tarniny | rdzeń – włókno ze smoczego serca | sztywna | 12 cali
PATRONUS: Borsuk europejski
BOGIN: Dane zastrzeżone ze względu na bezpieczeństwo aurora
INNE: Członek Zakonu Feniksa
PŁEĆ: M
DATA URODZENIA: 11.11.1946
KRAJ POCHODZENIA: Irlandia
STAN SPOŁECZNY: Żonaty z Clarą
STATUS:
OSTATNIE ZNANE MIEJSCE POBYTU:
RÓŻDŻKA: wykonana z tarniny | rdzeń – włókno ze smoczego serca | sztywna | 12 cali
PATRONUS: Borsuk europejski
BOGIN: Dane zastrzeżone ze względu na bezpieczeństwo aurora
INNE: Członek Zakonu Feniksa
Wysoki, tyczkowaty mężczyzna. Niezbyt umięśniony, żebra widoczne po uniesieniu rąk. Oczy niebieskie, „przeszywające” – błękitne, przechodzące w odcienie jasnej szarości. Twarz smukła i szczupła, żuchwa niewysunięta do przodu. Nos prosty o koniuszku poziomym, nigdy nie był złamany, co zostało potwierdzone podczas wywiadu. Dobrze widoczne kości policzkowe. Często pojawia się w prostych, acz eleganckich strojach, podczas wywiadu ubrany w dobrze dopasowany garnitur. [przyp. aut. – nowa cecha charakterystyczna: poparzony prawy bok twarzy]
████: Walsh, odpowiesz nam na kilka pytań?
[śmiech]
A.A.W.: A co z tego będę miał?
Młodszy z dwóch synów. Ojciec Irlandczyk, matka – Polka. Rodzina czystej krwii. Absolwent Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, wychowanek domu Ravenclaw. Szkołę ukończył z doskonałymi wynikami oraz godnymi podziwu osiągnięciami w dziedzinie numerologii. W latach 1969-1975 Auror dla Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów w Ministerstwie Magii, następnie Auror dla MACUSA. W latach 1977-1981 zatrudniony jako Dyrektor Magicznej Ochrony w Departamencie Bezpieczeństwa Magicznego.
████: Korzystałeś kiedyś z niewybaczalnych?
[cisza, westchnięcie]
A.A.W.: Nie rozumiem, czemu pytacie o coś, co wiecie.
████: Walsh.
A.A.W.: Korzystałem. Korzystam. I będę korzystać, jeżeli zajdzie potrzeba. Tyle.
[cisza]
A.A.W.: Gdybym chciał, mógłbym rzucić jedno na ciebie. Tu, teraz. Bez różdżki.
████: Walsh!
[głośny śmiech]
A.A.W.: No już, już! Nie napinaj się tak.
A.A.W.: Żartuję.
Oportunista i nałogowy kłamca. Ma chorobliwą słabość do hazardu, podejmowania ryzyka oraz liczb.
████: Czego się boisz?
[cisza]
Według wywiadu – trudna relacja z bratem. [przyp. aut. – śmierciożerca]
████: Był żonaty?
████: Jest. Nigdy nie podpisał papierów rozwodowych.
Oficjalnie uznany za zmarłego w wyniku wypadku z dnia 21.09.1981. Według wywiadu – z poparzeniami III stopnia okolic twarzy oraz barku uciekł z miejsca zdarzenia.
████: Walsh, odpowiesz nam na kilka pytań?
[śmiech]
A.A.W.: A co z tego będę miał?
Młodszy z dwóch synów. Ojciec Irlandczyk, matka – Polka. Rodzina czystej krwii. Absolwent Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, wychowanek domu Ravenclaw. Szkołę ukończył z doskonałymi wynikami oraz godnymi podziwu osiągnięciami w dziedzinie numerologii. W latach 1969-1975 Auror dla Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów w Ministerstwie Magii, następnie Auror dla MACUSA. W latach 1977-1981 zatrudniony jako Dyrektor Magicznej Ochrony w Departamencie Bezpieczeństwa Magicznego.
████: Korzystałeś kiedyś z niewybaczalnych?
[cisza, westchnięcie]
A.A.W.: Nie rozumiem, czemu pytacie o coś, co wiecie.
████: Walsh.
A.A.W.: Korzystałem. Korzystam. I będę korzystać, jeżeli zajdzie potrzeba. Tyle.
[cisza]
A.A.W.: Gdybym chciał, mógłbym rzucić jedno na ciebie. Tu, teraz. Bez różdżki.
████: Walsh!
[głośny śmiech]
A.A.W.: No już, już! Nie napinaj się tak.
A.A.W.: Żartuję.
Oportunista i nałogowy kłamca. Ma chorobliwą słabość do hazardu, podejmowania ryzyka oraz liczb.
████: Czego się boisz?
[cisza]
Według wywiadu – trudna relacja z bratem. [przyp. aut. – śmierciożerca]
████: Był żonaty?
████: Jest. Nigdy nie podpisał papierów rozwodowych.
Oficjalnie uznany za zmarłego w wyniku wypadku z dnia 21.09.1981. Według wywiadu – z poparzeniami III stopnia okolic twarzy oraz barku uciekł z miejsca zdarzenia.
Witamy się wśród czarodziejskiej społeczności z tym przebrzydłym parszywcem, który nie jedną już twarz miał. Pragniemy wątków trudnych, gorzkich, krwią i łzami płynących, Adam w takich sprawdza się bowiem najlepiej. Poszukujemy dawnych i nowych wrogów, fałszywych przyjaciół i relacji zbyt skomplikowanych, by określić je jednym słowem. W kartotece znajdziecie trochę zdrapek, a pod jedną z klikajek – niespodziankę do kolekcji.
✎ mail lub discord: rawrawr | wizerunek: Harry Lloyd | w tytule WaluśKraksaKryzys
ostatnia aktualizacja: 23.09.2024
✎ mail lub discord: rawrawr | wizerunek: Harry Lloyd | w tytule WaluśKraksaKryzys
ostatnia aktualizacja: 23.09.2024
